Kilka miesięcy temu skontaktowała się ze mną pewna firma doradztwa personalnego i zapytała, czy nie jestem czasem zainteresowany ofertą pracy, jaką mieli w swoim banku danych. Nie szukałem pracy, a tym bardziej nigdzie nie wysłałem ani nie opublikowałem swojego CV. Łowcy głów jednak „dopadli mnie”, ponieważ analizowali wybrane media społecznościowe. On tym, że headhunterzy przeczesują GoldeLine, Profeo i Facebooka wie chyba każdy. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że to samo robią firmy prawnicze – przynajmniej te zagraniczne – poszukujące na zlecenie klientów lub klientek dowodów niewierności małżeńskiej.
Drew Olanoff, użytkownik Twittera, oświadczył się wczoraj swojej dziewczynie „na oczach” ponad 5 tysięcy osób, które obserwują jego wpisy. Sarah Cooley odpisała „yes” i podobno były to już trzecie oświadczyny za pośrednictwem tego serwisu.

Kilka dni temu o innym aspekcie życia społecznościowego pisał Times, zwracając uwagę na przypadki tzw. prania brudów małżeńskich na oczach innych użytkowników Twittera, Facebooka czy choćby MySpace. Zdaniem tygodnika, coraz liczniejsze kancelarie prawnicze, którym zlecane są sprawy rozwodowe, poszukują dowodów we wpisach w Facebooku i Twitterze oraz postach na blogach. Takim dowodem może być wyznania miłosne czy choćby informacja o podarunku w postaci drogiej biżuterii. Czasem nawet niewinny wpis może stać się łakomym kąskiem, który zostanie wyciągnięty na sali sądowej, jak ów przysłowiowy as z rękawa.
Wracając do kwestii poszukiwania pracy, czasem użytkownicy internetu nie zdają sobie sprawy z tego, że jeden niewłaściwy wpis odpowiednio zindeksowany przez Google może spowodować odłożenie czyjegoś cv na półkę opatrzoną etykietą „tym panom już dziękujemy…”.





