Safe secure job, czyli krótka rozprawka o sceptycyźmie

Dziwi mnie niezmiernie, że właściciele zagranicznych (i nie tylko) firm nie konsultują z polskimi internautami swoich pomysłów na biznes. Bo gdyby to zrobili, to dowiedzieliby się, że produkty, które właśnie wprowadzają na rynek, nie mają żadnej szansy bo:

  1. Nikt ich nie kupi
  2. Nie mają prawa działać
  3. Na pewno coś jest z nimi nie tak
  4. 10 tysięcy innych firm już to sprzedaje
  5. Taka oferta, to na pewno przekręt kogoś, kto ma już w Panamie konto otwarte i gotowe na przyjęcie setek tysięcy wyłudzonych dolarów

Jakież by ich zdumienie ogarnęło i przypuszczalnie natychmiast rozdzwoniłyby się telefony w biurach promocji i reklamy, stanęłyby taśmy w zakładach produkcyjnych, a procesy patentowe zostałyby zawieszone. Na szczęście jednak o zdanie nas nie pytają i dlatego wchodzą na rynek, sprzedają swoje produkty, a dystrybutorzy zarabiają niezłe prowizje. A wszystko to dlatego, że żyją w nieświadomości, że tego nikt nie kupi lub że to nie działa…

Ileż to razy słyszałem, że pewien produkt to kpina i że oczywiście nie może działać (tu ze sto powodów, które oczywiście mojemu rozmówcy, naturalnie jako pierwszemu na świecie, przyszły do głowy), podczas gdy korzystam z niego regularnie bez żadnych problemów od wielu miesięcy.

Coś jest na rzeczy, kiedy Robert Kiyosaki pisze o tym, że dla wielu ludzi jedyną rzeczą jaką znają, jakiej chcą i za jaką gotowi są umrzeć to Safe Secure Job (stała bezpieczna posadka, w naszym kontekście czytaj „etat”), czyli dobrze zakorzeniony we współczesnej kulturze proceder wymiany czasu i kompetencji za pieniądze. Jakikolwiek biznes to z pewnością przekręt lub co najmniej mocno podejrzany interes – i nikt już nawet nie wie, że mentalność tę kulą w tył głowy na Łubiance i gułagiem w skutej mrozem tajdze krzewili towarzysze Lenin, Dzierżyński i Stalin. A ma ona dziś tysiące wyznawców, dla których Safe Secure Job to jedyna słuszna i prawowierna droga życia. Są oni wśród nas, noszą takie same okulary czy krawaty i używają takich samych komórek. Poznasz ich po drwiącym uśmieszku w kąciku ust, gdy nie uda Ci się pozyskać klienta lub gdy firma, z którą podjąłeś współpracę właśnie ma jakieś kłopoty (jakby ich własne firmy nigdy problemów nie miały).

Zasadniczo nie ma o czym mówić, ale ja już tak mam, że dziwić się nie przestaję. I myślę sobie, że przecież potrzeba tak mało, żeby komuś pomóc, zachęcić czy wesprzeć go, podejść z życzliwością, życzyć sukcesów, powstrzymać się od negatywnych i złośliwych komentarzy oraz trzymać kciuki nawet jeśli samemu woli się bezpieczeństwo twardych desek przystani, gdyby inni rozwijają żagle, aby spróbować swojej szansy. Dużo? Czasem chyba jednak za dużo… A szkoda.



Podobne wpisy

Tagi:

Jeden Komentarz to “Safe secure job, czyli krótka rozprawka o sceptycyźmie”

  1. Wojtek Stępkowski 13 listopada 2009 at 02:24 #

    Exactly !!! Kiedyś usłyszałem, czy przeczytałem, że posada to jest społeczna choroba. „Ciesz się że masz pracę” – mogą ci nie płacić, albo płacić grosze ale „ciesz się” bo inni nie mają, „O popatrz Kowalski już szuka 6 miesiąc” więc się ciesz. I tak całe życie przelatuje na „cieszeniu się”. Dziecko wchodzi do ojca na kolana i pyta: „tato a dlaczego nie mamy domu tylko mieszkamy w bloku ?” – „siedź gówniarzu cicho i do lekcji” takie oto słowa najczęściej padają. Niestety większość ludzi wyłącza mózgi, włącza swoje głupie „tańce z glizdami” i …….. „cieszy się”

Skomentuj