adly-300x234

$10,000 za jednego tweeta, czyli zarabianie na Twitterze

Good news! You just got paid for tweeting – tak brzmiał tytuł wiadomości, jaka kilka dni temu wylądowała w mojej skrzynce emailowej. Niestety nie było to tytułowe $10,000, ale i tak moja ciekawość została wystarczająco podsycona, żebym na nowo przyjrzał się kwestii zarabiania na Twitterze.

email

Kilka miesięcy temu temu zarejestrowałem się (z ciekawości) w SponsoredTweets, prowadzonym przez firmę Izea, która obecnie ma w swoim ręku ok. 15% wszystkich dochodów z reklam emitowanych w postaci prywatnych tweetów. Serwis ten szczególnie interesuje się tzw. celebrities, czyli ludźmi wpływowymi w swoich branżach. Według New York Times, celebryta szczycący się pięcio lub sześciocyfrową liczbą obserwujących go użytkowników Twittera może zarobić nawet do owych 10 tysięcy dolarów za jednego posta!

perez sponsored ad

Za celebrytę mnie widocznie dotąd nie uważano, bo nie miałem żadnej ofery reklamowej… aż do teraz. Za wspomnianego tweeta zapłacono mi tylko $3, co przy ilości osób mnie obserwujących (ponad 3100 na moment publikacji tego artykułu) uważam za bardzo kiepską wypłatę.

SponsoredTweets to oczywiście nie jedyna sieć reklamowa na Twitterze. Wśród kilku innych chyba największe udziały w rynku ma Ad.ly oraz Magpie.

adly

Serwis Ad.ly zaproponował mi $36 za tydzień przy założeniu, że znajdą dla mnie pasujące kampanie reklamowe. Z kolei Magpie wyceniło moją grupę docelową na $6-7 za jednego posta.

Żeby Twitter mógł się stać źródłem rzeczywiście przyzwoitego dochodu (zakładając, że w ogóle chcemy „sprzedawać” tweety reklamodawcom) muszą być spełnione następujące warunki:

  • Duża, najlepiej przekraczająca 10.000 obserwujących, grupa (stale rosnąca).
  • Dobrze wyprofilowane wpisy, odpowiednio otagowane i nawierające nośne słowa kluczowe (wystarczy przeszukać Twitter, aby poczytać publikowane tam reklamy i dobrać sobie odpowiednie zwroty).
  • Spory procent obserwujących z USA i Kanady – większość reklamodawców celuje w tamten rynek.
  • Kilku celebrytów obserwujących Cię też może pomóc (jeśli uda się ich do tego zachęcić). Nie musi to być koniecznie Demi Moore. „Wystarczy” któryś ze słynnych blogerów, np. John Chow.
  • Regularne posty i dialog z innymi użytkownikami serwisu.

Popularność mediów społecznościowych wytworzyła nową jakość w reklamie, którą są osobiste polecenia (teksty reklamowe często nawet pisane przez samych użytkowników) rozpowszechniane w grupach osób znajomych i obserwujących. Sam fakt jest mocno kontrowersyjny, gdyż w rezultacie częstego wysyłania reklam ludzie mogą zacząć usuwać nas z list. Uważa się jednak, że taka jest przyszłość reklamy internetowej i już dzisiaj są ludzie, którzy odbierają czeki na równowartość niezłej miesięcznej wypłaty. Tylko czekać, aż wystartują pierwsze nasze rodzime serwisy, płacące za wpisy na Blipie, Flakerze czy tfu, tfu… Śledziku.



Podobne wpisy

Tagi:

Brak komentarzy.

Skomentuj